Erystyka na co dzień

Wpisy

  • środa, 27 grudnia 2017
    • List naukowców w obronie polskiego rządu, czyli przykład, jak nie należy przekonywać

      Parę dni temu grupa piętnastu naukowców z polskich uczelni napisała list (link) broniący wprowadzanych obecnie przez rząd reform wymiaru sprawiedliwości. Wydarzenie to wydało mi się dobrym powodem do (przynajmniej chwilowej) reaktywacji tego bloga. Swój komentarz do listu, w formie odpowiedzi udzielonej jego autorom, zamieszczam poniżej.

      Szanowni Państwo!

      Jak rozumiem, pisząc swój list pragnęliście Państwo uzasadnić tezę, że kompletnie nieuzasadnione są oskarżenia, iż demokracja i rządy prawa są przez rząd PiS (w szczególności przez wprowadzaną obecnie reformę sądownictwa) niszczone. Poniżej spróbuję wyjaśnić, dlaczego Państwa wywód mnie nie przekonał – i dlaczego zapewne nie przekona on również wielu innych osób, do których go adresujecie.

      Swój list zaczynacie Państwo od zdziwienia, że unijni urzędnicy, którzy „twierdzą, że niszczony jest polski system sądowniczy i demokracja”, sami zostali mianowani, a nie wybrani. Jest to mało wyrafinowany chwyt erystyczny określany zwykle mianem argumentu (choć z rzetelnym argumentem nie ma on zwykle wiele wspólnego) „ad hominem”, polegający na atakowaniu osoby głoszącej jakieś twierdzenie, zamiast  merytorycznej dyskusji z samym tym twierdzeniem. Zapewne oburzylibyście się Państwo, gdyby ktoś odpowiadając na Państwa list zaczął od zdziwienia, że o zmianach w  polskim prawie wypowiadają się chemicy, fizycy i matematycy, a nie prawnicy (choć akurat byłby to jeden z niewielu przykładów argumentu „ad hominem”, którego użycie miałoby uzasadnienie). O ile „ad hominem” przydają się często politykom w gorących, publicznych debatach (czy raczej kłótniach), to raczej nie przystoją naukowcom w poważnych dyskusjach. Zaczynanie wywodu, tak jak to Państwo czynicie, od takiego chwytu, oprócz tego, że jest niezbyt eleganckie, może być również mało skuteczne – wykształcone osoby (do których przecież głównie kierujecie Państwo swój list) zdają sobie bowiem zwykle sprawę z merytorycznej miałkości „ad hominem”. Mogą one zatem pomyśleć, że skoro umieszczacie Państwo tego typu „argument” na samym początku tekstu, gdzie zwykle daje się najmocniejsze przesłanki na poparcie swojej tezy, to brakuje Wam lepszego, rzeczowego uzasadnienia dla stanowiska, którego chcecie bronić.

      Dalej twierdzicie Państwo, że nie są prawdziwe zarzuty, iż wprowadzane przez polski rząd zmiany niszczą nasz system sądowniczy i demokrację, jako uzasadnienie przywołując fakt, że podobne rozwiązania istnieją od wielu lat w innych krajach. Jest to w zasadzie jedyny merytoryczny argument zawarty w Państwa liście. Niestety, jest to również argument słaby, oparty na subtelnej manipulacji, która już wielokrotnie była wskazywana podczas toczącej się w mediach debaty na temat reformy sądownictwa. Otóż faktycznie, jak twierdzą osoby znające różne systemy prawne, część z proponowanych przez polski rząd rozwiązań funkcjonuje w innych krajach. Jednak, po pierwsze, nie zawsze są to dokładnie takie same rozwiązania – a małe różnice miewają czasem duże znaczenie. Po drugie, rozwiązania te funkcjonują w innych systemach, które trzeba oceniać całościowo, a nie wybierać z nich pojedyncze elementy i zadowalać się stwierdzeniem, że skoro cały system w jakimś kraju działa dobrze, to gdy weźmiemy z niego jedno rozwiązanie i przeniesiemy je do Polski, to będzie ono dobrze funkcjonowało również u nas. Po trzecie wreszcie, gdy połączymy wszystkie proponowane przez rząd zmiany, to pomimo tego, że wiele z nich, gdy rozpatrujemy je oddzielnie, może sprawiać wrażenie uzasadnionych lub niegroźnych, to razem tworzą one system, który już taki niegroźny i niewinny nie jest. Pisze o tym znawca prawa prof. W. Sadurski w artykule Sądy, czyli powolna śmierć demokracji w państwie PiS (link).

      W dalszej części listu rezygnujecie już Państwo z przedstawiania nawet słabych argumentów, ograniczając się to niepopartych żadnymi uzasadnieniami stwierdzeń – takich jak te, że „obecny system sądownictwa reprezentował dotąd jedynie jeden z ostatnich bastionów komunizmu w Polsce” czy też, że „demokracja w Polsce jest obecnie znacznie silniejsza niż w większości krajów zachodnich”.

      Szczególnie zaintrygował mnie drugi punkt Państwa listu, w którym twierdzicie, że „prawdziwym powodem działania Komisji Europejskiej jest chęć obalenia demokratycznie wybranego rządu Prawa i Sprawiedliwości”. Podajecie następnie trzy powody, mające wyjaśnić taki stan rzeczy. Waszym zdaniem unijni urzędnicy chcą obalić polski rząd, gdyż (1) boją się, że inne kraje podobnie jak Polska zaczną odrzucać poprawność polityczną, (2) mają w tym interes ekonomiczny – chcą chronić międzynarodowych i krajowych złodziei (nie uważacie Państwo, że tak poważny zarzut wymaga mocnego uzasadnienia?), a wreszcie (3) chcą się odegrać za to, że Polska odrzuciła unijny mechanizm dystrybucji uchodźców. Sęk w tym, że nie podajecie Państwo żadnych dowodów na to, że takie właśnie intencje stoją za działaniami Komisji Europejskiej. Dopóki takich dowodów nie dostarczycie, trzeba uznać, że są to wyłącznie Wasze prywatne opinie – oparte zapewne na powtarzanych ostatnio przez polityków PiS „przekazach dnia”. Oczywiście, jeśli chcecie, możecie wierzyć w istnienie wymierzonego w Polskę spisku europejskich urzędników. Zauważcie jednak, że urzędnicy ci podjęli swoje działania na podstawie opinii przedstawionych przez międzynarodowe, zrzeszające znawców prawa organizacje, które od wielu miesięcy krytykują wprowadzane w Polsce zmiany w prawie, uzasadniając swoje stanowisko w poważnych, publicznie dostępnych raportach. Zapytam więc: czy bardziej wierzycie Państwo stworzonym przez piarowców przekazom, czy dokumentom opracowanym przez fachowców z dziedziny prawa? Czy uważacie, że owi specjaliści też mają jakieś powody, aby obalić rząd PiS? Czy podważacie ich uczciwość i rzetelność? I tak jeszcze przy okazji: czy takie niepoparte dowodami wyjaśnianie „prawdziwych powodów” działań Zachodu podejmowanych wobec Polski nie nasuwa Państwu pewnych niemiłych skojarzeń ze słusznie minioną przeszłością?

      Swój list kończycie Państwo załączając kolędę, co ma być, Państwa zdaniem, najlepszym dowodem na panującą w Polsce swobodę przekonań, która to swoboda z kolei, znów – w Państwa opinii, budzi tak wielką nienawiść urzędników UE. Przyznam, że nie wiem, czy miał to być rozluźniający żart na zakończenie, czy też napisaliście to Państwo poważnie. Jeśli to pierwsze – to uważam ten żart za mało zabawny. Jeśli drugie, to ponownie chciałbym zadać kilka pytań. Pierwsze, czy macie Państwo jakieś uzasadnienie dla tezy, że unijni urzędnicy nienawidzą panującej w Polsce wolności przekonań, czy też jest to kolejna, niepoparta niczym insynuacja? I drugie – czy naprawdę uważacie, że możliwość zamieszczenia (czy zaśpiewania) kolędy jest dowodem na wolność przekonań; czy sądzicie, że w innych krajach UE takie działanie byłoby niemożliwe? Czy, odwołując się do analogii, możliwość wygłoszenia w dawnym Związku Radzieckim wiersza na cześć W. I. Lenina uznalibyście Państwo za dowód na panującą tam w owym czasie wolność przekonań? Uprzedzając możliwy zarzut – nie, nie uważam, że śpiewanie kolęd jest podobne do wychwalania wodza rewolucji, ani też nie uważam, że poziom wolności przekonań jest w obecnej Polsce taki jak w dawnym ZSRR. Chcę przy pomocy tej analogii jedynie pokazać bezsensowność „argumentu z kolędy”.

      Podsumowując, w Państwa liście znalazłem tylko jeden merytorycznie uzasadniony, choć jednocześnie słaby, łatwy do obalenia argument, a za to bardzo wiele niepopartych niczym oskarżeń i pomówień. Nie sądzę aby taki wywód sprawił, że ktoś zmieni na pozytywne swoje zdanie na temat wprowadzanych przez polski rząd reform wymiaru sprawiedliwości. Obawiam się natomiast, że może on spowodować, iż niektórzy z czytelników Państwa tekstu mogą zmienić na gorsze swoją opinię o polskim środowisku naukowym.

       

       Inną analizę listu 15 naukowców można przeczytać na portalu oko.press (link).

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „List naukowców w obronie polskiego rządu, czyli przykład, jak nie należy przekonywać”
      Tagi:
      Autor(ka):
      krzysztof_wieczorek
      Czas publikacji:
      środa, 27 grudnia 2017 18:27
  • piątek, 17 lutego 2017
    • "Dziennikarka" zszokowana tym, co sama wymyśliła, czyli "Dziennik Telewizyjny" w "Wiadomościach" TVP

      Jakiś czas temu opisywałem, jak „Wiadomości” TVP manipulują cytatami, na przykład wyrywając je z kontekstu, czy opuszczając ich istotne fragmenty, tak aby przytaczane słowa potwierdzały tezy, do których „dziennikarz” chce przekonać widzów.

      Dziś, w uzupełnieniu do tamtego odcinka, chciałbym pokazać kolejny bezczelny przykład nieuczciwego użycia czyjego cytatu – tym razem w wyjątkowo paskudnym celu, bo do skompromitowania osoby, którą się cytuje.

      16 lutego 2017 w „Wiadomościach” ukazał się materiał zatytułowany „Kto jest ważny dla Platformy”. Materiał ten nawiązuje do niedawnego wypadku limuzyny premier B. Szydło i pomocy, jaką politycy PO zaoferowali podejrzewanemu o spowodowanie tej kolizji kierowcy seicento. Główną tezą materiału jest to, że politycy PO są hipokrytami. Nie dość, że, wbrew temu co teraz twierdzą, nie pomagali ludziom, którzy cierpieli w starciach z rządzonym przez nich państwem, to w dodatku nie pomagali im z bardzo ciekawego powodu: bo ludzie ci „nie byli nikim ważnym”. Tezę taką usłyszeliśmy w zapowiedzi materiału:

      Politycy Platformy w zaskakujących słowach zapewniają, że - tak jak dziś wspierają kierowcę Seicento z Oświęcimia - tak przez 8 lat rządów pomagali wszystkim poszkodowanym, którzy zgłaszali się do ich biur. Co innego mówią jednak sami poszkodowani (…). Nie tylko nie dostali żadnej pomocy, ale winą za swoje problemy obarczają właśnie polityków PO. Ci sugerują, że poszkodowani widocznie nie byli nikim ważnym.

      Cały materiał zaczyna się przypomnieniem wypadku z 2014 roku, w którym  brał udział samochód ówczesnego prezydenta B. Komorowskiego. Autorka materiału, E. Bugała, najwyraźniej zszokowana tym, czego się dowiedziała i czym zaraz podzieli się z widzami, stwierdza:

      Były minister sprawiedliwości w rządzie PO [Borys Budka] zszokował swoją poranną wypowiedzią, z której wynika, że ofiara wypadku kolumny prezydenckiej Bronisława Komorowskiego, do którego doszło w 2014 roku z winy BOR-u nie otrzymała pomocy, bo jest zwykłym człowiekiem.

      No faktycznie, jeśli tak było, to bardzo źle to świadczy o Platformie. Nie pomóc ofierze wypadku tylko dlatego, że jest „zwykłym człowiekiem”? Tylko bardzo źli ludzie tak postępują. Aby nie było wątpliwości, że nie są to gołosłowne oskarżenia, „Wiadomości” pokazały fragment wywiadu, jaki w Radiu Zet z Borysem Budką przeprowadził Konrad Piasecki:

      K. Piasecki Był wypadek kolumny prezydenckiej, był?

      B. Budka: Był wypadek, nikt nie ucierpiał z ważnych osób.

      W tym momencie chyba nikt z widzów nie miał wątpliwości, że „Wiadomości” nie kłamią – przecież do tego, że PO nie była skora do pomocy „nieważnym osobom” przyznał się sam były minister w rządzie PO. Wprawdzie zobaczyliśmy tylko mały fragment rozmowy, ale na pewno każdy się domyślił, że dotyczyła ona właśnie tego, czy PO, gdy była u władzy, pomagała ofiarom wypadków rządowych samochodów. K. Piasecki spytał na przykład jakoś tak: A czy pomogliście osobom, które odniosły obrażenia w zderzeniu limuzyny prezydenta Komorowskiego w 2014 r.? I wtedy B. Budka, przyciskany dalej przez dziennikarza odpowiedział, że przecież wtedy nikt z ważnych osób nie ucierpiał.

      To chyba jasne, że tak musiało być. Ale coś mi nie dawało spokoju i sprawdziłem u źródła; odszukałem w Internecie całą rozmowę K. Piaseckiego z B. Budką. I co się okazało? Zacytowany fragment wywiadu dotyczył czegoś zupełnie innego niż twierdzą to „Wiadomości”. Nie chodziło w nim o pomaganie ofiarom wypadku, ale o to, czy za wypadek B. Szydło powinien ponieść odpowiedzialność minister Błaszczak, czego domagała się PO. Aby się o tym przekonać, trzeba posłuchać dłuższego fragmentu rozmowy, w szczególności wcześniejszych pytań dziennikarza, które doprowadziły B. Budkę do zacytowanego przez „Wiadomości” zdania (poniższy fragment przekopiowałem ze strony Radia Zet):

      Konrad Piasecki: Panie przewodniczący, nawet jeśli założymy, że kierowca BOR popełnił w tej sprawie błąd, że rzeczywiście oni nie mieli włączonej syreny, czy sygnalizacji dźwiękowej, dlaczego za to wszystko ma zapłacić stanowiskiem minister spraw wewnętrznych?

      Borys Budka: Dlatego, że to kolejny incydent, za który odpowiada politycznie minister, który nadzoruje BOR.

      K.P.: Doskonale pan wie, że za wszystkie incydenty, wypadki BOR w czasach rządu PO, ani razu minister spraw wewnętrznych nie został pociągnięty do odpowiedzialności politycznej. Wie pan o tym?

      B.B.: Nigdy w historii rządów PO nie było takich zdarzeń, w których premier rządu lądowałby w szpitalu.

      K.P: Były, były... Premier rządu nie wylądował w szpitalu, ale był wypadek kolumny prezydenckiej, był?

      B.B: Był wypadek, nikt nie ucierpiał, jeśli chodzi z ważnych osób.

      Widać jasno, że B. Budka, mówiąc, że nikt z ważnych osób nie ucierpiał w wypadku limuzyny B. Komorowskiego, chciał w ten sposób odpowiedzieć na zarzut, że ówczesny minister nie poniósł za ten wypadek odpowiedzialności. „Wypadek był niegroźny, nikt z ważnych osób (w szczególności prezydent) nie ucierpiał, a więc nie było powodu, aby domagać się dymisji ministra spraw wewnętrznych” – tak można by streścić myśl B. Budki. O żadnej pomocy ofiarom, (a tym bardziej o powodach jej braku) nie było tam mowy. E. Bugała bezczelnie wykorzystała fragment wypowiedzi B. Budki, aby widzowie myśleli, że powiedział on coś innego, niż powiedział w rzeczywistości - w dodatku coś mocno kompromitującego jego samego i ówczesny rząd PO, którego B. Budka był ministrem.

      W latach 1995 – 2005 w telewizji można było oglądać zabawny program satyryczny zatytułowany „Dziennik Telewizyjny” (nazwa nawiązywała do głównego programu informacyjnego, a raczej propagandowego, z czasów PRL). W programie tym Jacek Fedorowicz wykorzystywał autentyczne fragmenty wypowiedzi różnych polityków, które poprzedzał wymyślonymi przez siebie i rzekomo zadanymi przez dziennikarza pytaniami. Powstawał w ten sposób komiczny „wywiad” z danym politykiem – pytania dodawane przez J. Fedorowicza dotyczyły bowiem zwykle czegoś innego, niż rzeczywista wypowiedź polityka. Teraz, coś bardzo podobnego zobaczyliśmy w „Wiadomościach”. O ile jednak w sytuacji, gdy robił to satyryk, było to śmieszne, to gdy obecnie coś podobnego robią osoby uważające się za dziennikarzy, w dodatku w głównym programie informacyjnym publicznej telewizji, to jest to straszne.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „"Dziennikarka" zszokowana tym, co sama wymyśliła, czyli "Dziennik Telewizyjny" w "Wiadomościach" TVP”
      Tagi:
      Autor(ka):
      krzysztof_wieczorek
      Czas publikacji:
      piątek, 17 lutego 2017 17:25
  • środa, 28 grudnia 2016
    • Pułkownik Mazguła, czyli bohater – opozycji czy "Wiadomości"?

      Jedną z często stosowanych technik erystycznych jest podważanie wiarygodności osoby, której twierdzenia chcemy zwalczyć. Sposób ten, wielokrotnie w tym blogu opisywany, określany jest zwykle mianem „ad hominem” (dokładniej jest to odmiana tego chwytu nazywana „zatruwaniem studni”). Jeśli na przykład chcę, aby moi słuchacze uznali twierdzenia jakiegoś pana Adama za bzdurne, to zamiast wprost wykazywać ich fałszywość, często łatwiej mi będzie po prostu poinformować wszystkich, że ów Adam to kawał drania: pijak, awanturnik, bezbożnik, i co tam kto jeszcze chce. Jeśli moi słuchacze w to uwierzą, to słów Adama nie będą brać na poważnie – przecież komuś takiemu nie można wierzyć. Technika taka przydaje się oczywiście szczególnie w sytuacji, gdy Adam tak naprawdę mówi sensownie, a ja nie jestem w stanie jego twierdzeń podważyć w sposób merytoryczny.

      Co jednak zrobić, gdy Adam tak naprawdę jest dość porządnym facetem, do którego trudno się przyczepić? A co, jeśli w dodatku wielu z moich słuchaczy go zna, a niektórzy nawet dość go lubią? Cóż, w takiej sytuacji zamiast atakować Adama wprost, mogę spróbować powiązać go z osobami, które wszystkim będą źle się kojarzyć. Mogę na przykład powiedzieć: „A wiecie, że kuzyn Adama, to siedział w więzieniu? A wiecie, z kim Adama wczoraj widziałem? – rozmawiał z tym Bogdanem, który to… sami wiecie, jaki on jest. Słyszałem też, jak ten paskudny Czesiek, znacie go wszyscy, wychwalał Adama pod niebiosa – fajnych ma ten Adam kolegów, nie ma co…”.

      Jeśli o rodzinie i znajomych Adama powiem coś złego raz, to zapewne wiele osób puści to mimo uszu. Ale jeśli będę powtarzał to wielokrotnie, przy każdej możliwej okazji, to jest szansa, że przynajmniej niektórym słuchaczom w końcu wbije się to w pamięć i zaczną się w ich głowach rodzić coraz to mocniejsze podejrzenia co do Adama i w konsekwencji do tego, co on twierdzi. W końcu nie od dziś wiadomo, że kluczem do sukcesu w perswazji jest wielokrotne powtarzanie tego samego komunikatu. Od dawna wiedzieli o tym propagandziści; obecnie potwierdzają to psychologowie i specjaliści od reklamy.

      Przykład zastosowania opisanej wyżej techniki, polegającej na pośrednim podważaniu czyjejś wiarygodności i ciągłym powtarzaniu tego samego aż do znudzenia, zauważyłem ostatnio…, pewnie wiele osób już się domyśla gdzie - oczywiście w „Wiadomościach” TVP.

      Jak wiadomo, „Wiadomości” nie lubią obecnej opozycji (w szczególności KOD-u) i nie przepuszczają żadnej okazji, aby jej w jakiś sposób dołożyć. Jednym z często używanych do tego narzędzi jest sugerowanie, że opozycja to „komuniści i złodzieje”, a ostatnio - „ubecy”. Taka narracja była jednak trochę kłopotliwa w okolicach rocznicy ogłoszenia stanu wojennego 13 XII. Nietrudno bowiem zauważyć, że w szeregach obecnej opozycji można znaleźć dużo osób, które w czasie stanu wojennego były po właściwej stronie i mają z tych czasów zasługi, o których wielu prominentnych członków rządzącej partii może tylko pomarzyć. Na szczęście dla „Wiadomości” trafił się, dotąd szerzej nieznany, pułkownik rezerwy A. Mazguła. Człowiek ten zrobił dwie rzeczy: podpisał się pod przygotowanym przez opozycję apelem skierowanym przeciw działaniom obecnego rządu, a jednocześnie, mniej więcej w tym samym czasie na wiecu przeciw ustawie „dezubekizacyjnej” mówił, że w czasie stanu wojennego podczas aresztowań „dochowano kultury”, a na ulicach nie dochodziło do prześladowania opozycji. Wypowiedź A. Mazguły uważam za przynajmniej głupią i nie zamierzam jej bronić. Jednocześnie nie sądzę jednak, aby zasługiwała ona na aż taką uwagę, jaką poświęciły jej w ostatnim czasie „Wiadomości”. Filmik z A. Mazgułą gościł bowiem w głównym wydaniu tego programu o 19.30 kolejno 4 XII, 5 XII, 6 XII (dwa razy!) i 7 XII. Za każdym razem oczywiście podkreślano, że pułkownik Mazguła stoi w jednym szeregu z KOD, PO i Nowoczesną. Gdy zbitka pojęć „Mazguła (a raczej jego wypowiedź o stanie wojennym) – obecna opozycja” już się u widzów „Wiadomości” utrwaliła, można było trochę odpuścić, ale dla przypomnienia warto było jednak po pewnym czasie ją powtórzyć – „Wiadomości” zrobiły to 16 XII i 27 XII.* (Jak ktoś nie wierzy, zapraszam do obejrzenia krótkiego filmiku.)

       

      To, co zrobiły „Wiadomości”, jest niewątpliwie zgodne z zasadami ułatwiającymi zapamiętywanie – gdy się czegoś uczymy, to początkowo powtórki materiału powinny następować krótko po sobie, a gdy wiedza już się nam w głowie trochę osadzi, należy ją odświeżać w nieco większych odstępach ;)

      Czy tak częste powtarzanie, w głównym wydaniu programu poświęconego teoretycznie najważniejszym wydarzeniom danego dnia, jednej głupiej wypowiedzi wygłoszonej jakiś czas temu przez raczej niszową postać, ma sens? Czy redaktorom „Wiadomości” nie szkoda cennego czasu, który mogliby wykorzystać na inne bieżące informacje? Wydaje mi się - posłużę się tu poetyką stosowaną przez niektórych polityków - że „Wiadomości” robią to nieprzypadkowo. Skoro tak robią, to robią to po coś ;)

       

      *Nie wykluczam, że filmik z A. Mazgułą gościł w „Wiadomościach” jeszcze w innych dniach. Nie zawsze bowiem miałem czas i siły, aby codziennie obejrzeć całe wydanie programu. Na pewno jednak jeszcze parokrotnie w tym czasie Mazguła pojawiał się w „Wiadomościach” w krótkich migawkach lub był wspominany słownie przez prowadzącego lub reportera. Ostatnio dziś, 28 XII 2016.

      Edit: Po raz kolejny filmik z A. Mazgułą zagościł w Wiadomościach 4 I 2017. Tak więc w ciągu równo jednego miesiąca widzowie "Wiadomości" mogli go zobaczył przynajmniej osiem razy.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Pułkownik Mazguła, czyli bohater – opozycji czy "Wiadomości"?”
      Tagi:
      Autor(ka):
      krzysztof_wieczorek
      Czas publikacji:
      środa, 28 grudnia 2016 20:38
  • niedziela, 25 września 2016
    • Czego to oni nie powiedzieli, czyli cytaty w służbie Wiadomości TVP

      Dziś, po wakacyjnej przerwie, znowu coś z przepastnej kopalni technik erystycznych i im podobnych, czyli z Wiadomości TVP. Wczoraj i dziś znalazłem tam dwa ciekawe przykłady tego, jak można sprytnie manipulować cytatami. Metoda zastosowana przez Wiadomości jest bardzo inteligentna, bo trudno zarzucić im kłamstwo. Przecież cytowana osoba faktycznie powiedziała to, co widzimy lub słyszymy. Cytaty jednak są tak spreparowane lub przedstawione w odpowiednim kontekście (albo z niego wyrwane), aby widz Wiadomości sądził, że cytowana osoba miała na myśli coś zupełnie innego, niż to, co faktycznie powiedziała.

      Oto pierwszy przykład.

      W Wiadomościach 24 IX 2016 ukazał się materiał na temat wywiadu, jakiego prof. Andrzej Rzepliński udzielił „Gazecie Wyborczej” (tu link do materiału Wiadomości, a tu do samego wywiadu). Wywiad jest bardzo długi i dotyczy wielu spraw, ale Wiadomości wybrały z niego tylko niewielkie fragmenty. Na przykład ten:

       rzep_1

      Zanim przeczytasz dalej – co sobie myślisz widząc ten cytat? Sądzę że większość ludzi, widzów Wiadomości, pomyślało sobie coś w rodzaju: „no tak, siadło sobie dwóch kolesi (przy kawie, albo raczej czymś mocniejszym) i jeden załatwił drugiemu fajną posadkę, tak aby łatwiej im potem było robić swoje interesy.” Tymczasem w dalszym ciągu wywiadu, można przeczytać, że A. Rzepliński i D. Tusk wcześniej się prawie nie znali (później zresztą też nie mieli za bardzo okazji porozmawiać), a także, że A. Rzepliński miał inne plany, które propozycja premiera mu pokrzyżowała itd. Ale tego już Wiadomości nie zacytowały.

      Dalej w materiale Wiadomości słyszymy, że prof. Rzepliński „kreuje się na męczennika politycznej wojny z PiS”, na potwierdzenie czego widzimy cytaty: rzep_2

      Wiadomości najwyraźniej chcą, aby widzowie zobaczyli w A. Rzeplińskim oderwanego od rzeczywistości oszołoma. W opisie omawianego materiału na internetowej stronie Wiadomości czytamy, że to, iż trafi do więzienia, prof. Rzepliński mówi „dramatycznie”. Tymczasem, w widocznym na ekranie cytacie brakuje jednego małego, ale ważnego fragmentu. Po zdaniu „wtedy mnie zamkną”, tam gdzie Wiadomości dały [...], w oryginalnym wywiadzie jest...: (śmiech). Prawda, że trochę to zmienia wymowę zdania? Gdy ktoś przeczyta słowo w nawiasie, w dodatku z całym dłuższym fragmentem (a jeszcze lepiej, cały wywiad), to zobaczy, że A. Rzepliński nie jest w tym miejscu do końca poważny, a już na pewno nie „kreuje się na męczennika”, ani nie mówi tego „dramatycznie” -  wręcz przeciwnie, ma dużo pokory i dystansu do siebie.

      Drugi, jeszcze ciekawszy, czy może raczej bardziej bezczelny, przykład na manipulację cytatami, pochodzi z Wiadomości z 25 IX 2016. Ukazał się tam materiał „Koniec pokojowych marszów?” (link), którego autor próbuje udowodnić tezę, że choć wszystkie dotychczasowe marsze organizowane przez KOD przebiegały spokojnie, to wkrótce się to zmieni, bo sympatycy KOD „zaostrzają retorykę”, a gdy to nie wystarczy, być może będą dążyć do wywoływania zamieszek. Jako jeden z dowodów na taką tezę, Wiadomości przytaczają wypowiedź wice-naczelnego "Gazety Wyborczej" Jarosława Kurskiego:

      kurski

      Co sobie pomyśli większość widzów Wiadomości po przeczytaniu tego cytatu? Pewnie coś w rodzaju: „Skoro Jarosław Kurski uważa, że władza nie ustąpi pod wpływem pokojowych protestów, to wyraźnie namawia w ten sposób do sięgnięcia po ostrzejsze środki”. Taka interpretacja sama się narzuca i wydaje się bardzo logiczna (szczególnie w połączeniu z tytułem i ogólną wymową materiału Wiadomości). Tymczasem... w dalszej części cytowanej wypowiedzi Kurski namawia zwolenników KOD, aby nie ograniczali się do manifestacji, ale zajęli się również „żmudną pracą organiczną”. Choćby ktoś nie wiem jak się wytężał i nie wiem jak szukał, to w całym krótkim artykule (link) J. Kurskiego nie znajdzie najmniejszego fragmentu zachęcającego do jakichkolwiek ostrzejszych form walki. Wymowa artykułu jest wręcz przeciwna! Myślę, że każdy, kto go przeczyta, zgodzi się, że umieszczenie przedstawionego tu cytatu w materiale „Koniec pokojowych marszów?” to wyjątkowa bezczelność, żeby nie użyć mocniejszego słowa.

      Ponieważ ta bezczelność trochę mnie wzburzyła, na zakończenie coś na rozluźnienie. Mam wrażenie, że autor opisywanego materiału – Bartłomiej Graczak najwyraźniej nie może się pogodzić, że marsze KODu odbywają się w tak spokojnej atmosferze i tak daleko im do Marszu Niepodległości, który red. Graczak kiedyś relacjonował, gdy pracował jeszcze nie w Wiadomościach, ale w TV Republika. Kto tego jeszcze nie widział – gorąco zachęcam do obejrzenia krótkiego filmiku (link), bo warto :) Również po to, aby samodzielnie porównać zachowanie obchodzących swoje największe święto roześmianych patriotów z bandą siejących nienawiść, dążących do wywołania zamieszek "komunistów i złodziei" z KODu ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Czego to oni nie powiedzieli, czyli cytaty w służbie Wiadomości TVP”
      Tagi:
      Autor(ka):
      krzysztof_wieczorek
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 września 2016 22:46
  • czwartek, 23 czerwca 2016
    • Przecież narkoman nie może mieć racji, czyli rzecznik Ministerstwa Obrony pokazuje jak (nie należy) atakować

      Dziś wyjątkowo nie będzie o Wiadomościach TVP ;). Będzie za to o argumencie, o którym pisałem już tu wielokrotnie – chyba najwięcej ze wszystkich. Ale trudno znowu o nim nie wspomnieć, gdy znalazłem dziś wprost podręcznikowy jego przykład.

      Argument którym mam na myśli, to ad hominem. Ponieważ pisałem tu już o nim naprawdę bardzo wiele, to przypomnę tylko krótko, że mianem ad hominem określa się (we współczesnej literaturze przedmiotu) wypowiedź, której autor próbuje wykazać, że jakieś twierdzenie jest błędne (nieprawdziwe, niesłuszne itp.) atakując personalnie tego, kto twierdzenie to głosi lub go broni. Na przykład osoba A stwierdza, że palenie jest szkodliwe, a dyskutująca z nią osoba B odpowiada: Jak mam ci wierzyć, skoro sam kiedyś kopciłeś jak komin. A w ogóle to jeszcze dużo pijesz, bijesz żonę i nie płacisz alimentów. Odpowiedź B to właśnie przykład argumentu ad hominem. Celowo nieco przerysowany, ale jak się okazuje, niektóre rzeczywiste jego przykłady niewiele odbiegają od tego „wzorca”.

      A teraz ten piękny, podręcznikowy (choć, niestety, rzeczywisty) przykład ad hominem, który dziś znalazłem. Jak może niektórzy słyszeli, w Gazecie Wyborczej można było przeczytać ostatnio cykl artykułów, których autor, Tomasz Piątek, opisał dość niejasne powiązania ministra obrony A. Macierewicza z byłym agentem SB Robertem Luśnią. W odpowiedzi na ten artykuł rzecznik MON Bartłomiej Misiewicz zaatakował jego autora, pisząc na Twitterze:

      Tomasz Piątek piszący w GW nieprawdę nt. szefa @mon@Macierewicz_A od 1997 r. jest uzależniony od heroiny. To apropos kolejnych rewelacji GW.

      Mogę jeszcze dodać, że T. Piątek z GW napisał autobiograficzną książkę o swoim problemie z narkotykami i zażywaniu ich nawet w pracy...

      Czy to oznacza, że w przypadku procesu o ochronę dóbr osobistych za nieprawdziwe info GW będzie się zasłaniać niepoczytalnością redaktora?

      Jak widać, B. Misiewicz zarzucił T. Piątkowi, iż ten napisał nieprawdę. Zamiast jednak podać jakieś na to dowody, po prostu stwierdził, że Piątek to narkoman, który zapewne pisze swoje artykuły na haju. Trudno o lepszy przykład argumentu ad hominem.

      Nie wiem, na co liczy B. Misiewicz posuwając się do tego rodzaju sztuczek. Jeśli o mnie chodzi, to odniósł skutek przeciwny do zamierzonego. O ile bowiem wcześniej miałem pewne wątpliwości co do stawianych A. Macierewiczowi zarzutów, to po przeczytaniu takiej odpowiedzi rzecznika MON, wątpliwości te zaczęły mnie w bardzo szybkim tempie opuszczać. Skoro bowiem ktoś w odpowiedzi na zarzuty, zamiast ustosunkować się do nich w sposób merytoryczny, atakuje, w dodatku w mocno nieuczciwy sposób, tego, kto zarzuty te przedstawił, to w mojej głowie zapaliła się od razu czerwona lampka: widać, że odpowiedzieć na zarzuty w sposób rzeczowy nie potrafi, a to jest mocna przesłanka na rzecz tego, że są one uzasadnione, bardziej niż mi się to wcześniej wydawało.

      Bardzo dobrze, również „podręcznikowo”, choć tym razem w pozytywnym znaczeniu, zachował się w tej sprawie zaatakowany T. Piątek. Spokojnie wyjaśnił, że stawiane mu zarzuty są przynajmniej niestosowne, insynuacje nieprawdziwe, i zaapelował, aby trzymać się tematu, czyli opisanych przez niego faktów. Tak właśnie powinna zawsze postępować osoba zaatakowana przy pomocy ad hominem.

       (link do artykułu z twittami B. Misiewicza i odpowiedzią T. Piątka)

      Gdyby  ktoś chciał poczytać coś więcej na temat ad hominem, zapraszam do zajrzenia do czasopisma „Filozofuj!”, gdzie niedawno ukazała się pierwsza część mojego artykułu o tym argumencie, a niebawem będzie można tam przeczytać jego dokończenie.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Przecież narkoman nie może mieć racji, czyli rzecznik Ministerstwa Obrony pokazuje jak (nie należy) atakować”
      Tagi:
      Autor(ka):
      krzysztof_wieczorek
      Czas publikacji:
      czwartek, 23 czerwca 2016 22:20
  • piątek, 27 maja 2016
    • Niektórym wszystko kojarzy się z jednym, czyli „zdarta płyta” w Wiadomościach TVP

      Na początek muszę się do czegoś przyznać. Oglądam czasem Wiadomości TVP. Na swoje usprawiedliwienie dodam jednak, że nie robię tego po to, aby dowiedzieć się czegoś o świecie, ale przede wszystkim, aby poznać ciekawe środki i techniki wywierania wpływu stosowane przez tworzące Wiadomości osoby (dla uproszczenia będę nazywał je dziennikarzami), a także aby zdobyć ciekawy materiał do różnych artykułów, m.in. do kolejnych odcinków niniejszego bloga.

      Jeden z zaobserwowanych przeze mnie, często stosowanych w Wiadomościach chwytów polega na powtarzaniu dzień w dzień tej samej informacji, zapewne w nadziei, że wbije się ona w końcu do głów widzów i będzie im się jawić jako prawdziwa, nawet jeśli do zgodności z rzeczywistością wiele jej brakuje. Nie jest to technika ani nowa, ani szczególnie wyrafinowana. Ciekawy jest jednak sposób, w jaki realizują ją dziennikarze Wiadomości. Zauważyłem, że tworzą oni ciekawe ciągi myślowe prowadzące od różnorodnych wydarzeń, które dzieją się na świecie, tak aby na koniec ciągi te doprowadzały w zgrabny sposób do tej właśnie informacji, którą chcą utrwalić w pamięci widzów.

      Dziennikarze Wiadomości przypominają mi w tym postępowaniu ucznia, który opanował dobrze tylko jeden temat z jakiegoś przedmiotu – na przykład budowę układu pokarmowego żaby w ramach kursu biologii. W związku z tym, że nic innego nie umie, uczeń taki wyciągnięty przez nauczyciela do odpowiedzi, każde pytanie, czegokolwiek by nie dotyczyło, stara się potraktować jako pretekst od opowiedzenia czegoś o układzie pokarmowym żaby. Spytany na przykład o układ ruchu królika, mówi: „Króliki poruszają się skacząc. Podobnie jak robią to żaby. Aby żaba mogła skakać, musi jeść. Omówię więc teraz dokładniej budowę układu pokarmowego żaby”. Gdy natomiast zostaje spytany o jakiś gatunek ryby, uczeń odpowiada: „Ryby takie można spotkać w wielu stawach i małych jeziorach. W zbiornikach tego typu występują również zwykle żaby. W związku z tym warto powiedzieć parę słów o tym, jak zbudowany jest układ pokarmowy żaby”.

      Jak wygląda taka technika w wykonaniu „Wiadomości”?

      Z moich obserwacji wynika, że jedną z najważniejszych informacji, którą dziennikarze Wiadomości chcą wtłoczyć do głów widzów, można streścić mniej więcej tak: Opozycja, w szczególności KOD, powoduje konflikty, sieje nienawiść, podburza ludzi przeciw władzy, wzbudza niepokoje społeczne. Działania takie są  bardzo niebezpieczne, należy je potępić i koniecznie trzeba się im przeciwstawić. Wydarzenia, o których informują inne media, Wiadomościom służą jako pretekst do przekazania tej właśnie głównej informacji dnia.

      Klasyczny przykład takiego działania znalazł się w Wiadomościach  26 V 2016. Pojawił się tam materiał poświęcony niedoszłemu zamachowi na komisariat policji w Warszawie. O samym zamachu widzowie dowiedzieli się jednak niewiele – posłużył on bowiem tylko jako pretekst do przekazania innej, sformułowanej w poprzednim akapicie, kluczowej dla Wiadomości informacji.

      Materiał rozpoczyna się podaniem twardego faktu, że w związku z zamachem zatrzymanych zostało trzech mężczyzn, którzy powiązani są ze środowiskiem anarchistycznym. Wiadomości informują nas jeszcze, że jak wynika z  nieoficjalnych ustaleń mężczyźni ci mogli działać z pobudek politycznych. Podczas przesłuchania mieli oni zeznać, że jednym z motywów ich działań była polityka – są oni bowiem przeciwnikami obecnej władzy, a policję z władzą tą utożsamiają. Jak powyższych informacji można użyć do przywalenia KOD-owi? Bardzo prosto.

      Na początek wystarczy powołać się na bliżej nieokreślonych „komentatorów”, którzy uważają, że takie wydarzenia [jak niedoszły zamach na komisariat], to konsekwencja słów padających w politycznym sporze. Słów, które padać nie powinny. Jako przykład tak właśnie uważającego komentatora pojawił się, często przywoływany przez Wiadomości przy podobnych okazjach, red. P. Lisicki.  Przypomniał on widzom słowa J. Żakowskiego, że KOD powinien być jak Hamas, która to organizacja kojarzona jest przez wszystkich z ruchem terrorystycznym. Dla większego efektu wypowiedź Żakowskiego została również przytoczona w oryginale, tak aby widz miał pewność, że „komentatorzy” niczego nie zmyślają (a przy okazji zapewne zapałał słusznym oburzeniem na red. Żakowskiego). Bardzo ładnie, tyle tylko, że jest to wielka ściema, by nie powiedzieć, że chamska manipulacja. Wypowiedź Żakowskiego, wygłoszona w czasie radiowej dyskusji na żywo, została bowiem wyrwana z kontekstu, w połączeniu z którym ma ona całkiem inne znaczenie, niż to, które sugerują Wiadomości i ich komentator.  Żakowski tłumaczył w kolejnych zdaniach, że chodzi mu o naśladowanie Hamasu wyłącznie w tym sensie, że Hamas był początkowo ruchem społecznym, który budował przedszkola, szpitale i uzyskał tożsamość polityczną dopiero mając społecznie masowy charakter. Tej bardzo ważnej części wypowiedzi Żakowskiego Wiadomości już nie pokazały, ani o niej nie wspomniały.

      W ten sposób, przy pomocy „komentatorów” autor omawianego materiału bardzo sprytnie powiązał niedoszły zamach na komisariat, który „mógł być motywowany politycznie”, z przejawiającym najwyraźniej (zupełnie jak Hamas) terrorystyczne ciągotki KOD-em. Po takim wstępie dalszy ciąg był już bardzo prosty. Wiadomości cofnęły się nieco do przeszłości, przypominając ze zgrozą, że doszło nawet do tego, że po wypadku limuzyny z prezydentem na facebookowym profilu KOD-u można było przeczytać wpisy takie jak „Życzę mu śmierci w męczarniach”, czy też „niestety, nic mu się nie stało”. (Cytaty te Wiadomości przywołują nie po raz pierwszy, ani drugi). Na tym jednak nie koniec, bo, jak mówi reporter Wiadomości: podobne hasła można było zobaczyć na ulicach. Kiedy i gdzie? Oczywiście na marszach KOD-u! Wprawdzie tu pojawił się mały problem, bo pokazane przez Wiadomości transparenty wcale nie zawierały „podobnych haseł”, ale kto by się tym przejmował. Pokazano je na tyle krótko, że pewnie i tak większość widzów nie odcyfrowała ich treści, a dziennikarz nie był tym razem tak dobry, aby przeczytać je powoli i wyraźnie, tak jak to uczynił wcześniej w przypadku kilku wybranych spośród setek tysięcy wypowiedzi anonimowych internatów. Jak łatwo się domyślić, Wiadomości nawet nie zająknęły się o tym, że zacytowane wypowiedzi zostały przez liderów KOD-u wyraźnie i jednoznacznie potępione natychmiast po tym, gdy pojawiły się w sieci. Uwadze pana reportera uszły też jakoś nienawistne wypowiedzi polityków związanych z obecnym rządem, a także „podobne” hasła pojawiające się na ulicach przy okazji manifestacji organizowanych przez prawicowe organizacje.

      Ogląd rzeczywistości autor materiału Wiadomości ma dość wybiórczy, ale za to pamięć dobrą. Na koniec swojego występu sięgnął bowiem jeszcze głębiej w przeszłość przypominając, że pięć lat temu w Łodzi zamordowany został działacz PiS, a jego zabójca następnie podczas rozprawy twierdził, że motywowała go polityczna nienawiść.

      I proszę, jak to wszystkie elementy układanki ładnie łączą się w całość. Zabójstwo działacza PiS pięć lat temu; siejący nienawiść KOD, który ma być jak Hamas, a którego działacze masowo życzą śmierci prezydentowi; zamach na komisariat przygotowywany przez przeciwników obecnej władzy. Dziennikarz wykonał kawał dobrej roboty.

      Cały materiał reporter Wiadomości kończy stwierdzeniem, iż „polityka to przede wszystkim odpowiedzialność”. To ja dodam dla pana reportera, że dziennikarstwo to również odpowiedzialność; może nawet większe niż polityka. Gratuluję profesjonalnie przygotowanego materiału! Do zobaczenia w kolejnym wydaniu Wiadomości (dawniej: Dziennika Telewizyjnego programu pierwszego).

      PS. Tuż po napisaniu tego tekstu zobaczyłem, że nie byłem pierwszy, ani jedyny, który napisał coś na ten temat. Podobny tekst można znaleźć tu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Niektórym wszystko kojarzy się z jednym, czyli „zdarta płyta” w Wiadomościach TVP”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      krzysztof_wieczorek
      Czas publikacji:
      piątek, 27 maja 2016 00:04
  • sobota, 14 maja 2016
    • Ratingi, polityka i Wiadomości TVP, czyli o wieloznaczności słów kilka (słów)

      W poprzednim odcinku trochę broniłem dziennikarzy przed oskarżeniami o manipulację. Dziś, dla odmiany, parę słów krytyki skierowanej w stronę niektórych reprezentantów tego zawodu.

      Wiadomości TVP, zapewne spodziewając się niekorzystnej dla polskiego rządu oceny wiarygodności kredytowej naszego kraju zawartej w przygotowywanym przez agencję Moody’s raporcie, postanowiły podważyć zaufanie widzów do agencji ratingowych. W wyemitowanym 13 V materiale, oprócz standardowych środków (przypomnienie błędnych ocen wydanych przez agencje w przeszłości, zarzuty, że oceniane firmy płacą agencjom za pozytywną opinię) zauważyłem jeden, interesujący w kontekście tematyki tego bloga chwyt.

      Filmik zatytułowany „Wiarygodność ratingów” reporter Wiadomości rozpoczął zdaniem: Gdy w styczniu agencja S&P obniżyła rating Polski, nie ukrywała, że robi to z powodów politycznych.

      Zdanie to jest bardzo ciekawe, ponieważ z jednej strony jest ono niewątpliwie prawdziwe, a jednocześnie, z drugiej strony, może wprowadzać w błąd. Sytuacja taka spowodowana jest dwuznacznością zwrotu robi to z powodów politycznych. Z uwagi na tę dwuznaczność zacytowane zdanie możemy rozumieć na dwa sposoby:

      1) Analitycy S&P podejmując decyzję o obniżeniu Polsce ratingu uprawiali politykę; zachowali się bardziej jak partyjni działacze niż niezależni, obiektywni ekonomiści.

      2) Analitycy S&P obniżając rating wzięli pod uwagę ryzyko, jakie niesie dla inwestorów prowadzona przez rząd Polski polityka.

      Na czym polega sztuczka, którą tu podejrzewam? Otóż zacytowane zdanie jest niewątpliwie prawdziwe jedynie w interpretacji 2). Tak rozumiane nie zawiera ono jednak niczego odkrywczego. Natomiast gdy zdanie to zinterpretujemy jako 1), robi się ciekawiej. W takim przypadku zawiera ono poważne oskarżenie skierowane w stronę S&P, które to oskarżenie, jeśli prawdziwe, mocno podważa zaufanie do tej agencji (jest więc zgodne z głównym przesłaniem zawartym w materiale Wiadomości TVP). Problem polega jednak na tym, że taki mocny zarzut wymaga jakiegokolwiek, a najlepiej równie mocnego, uzasadnienia. Tymczasem w całym filmiku nie sposób znaleźć żadnego, nawet najmniejszego wsparcia dla takiego oskarżenia.

      Podejrzewam, choć oczywiście pewności nie mam*, że przygotowujący materiał dziennikarz w otwierającym film zdaniu posłużył się dwuznacznością z pełną świadomością. Pragnął on, aby widzowie Wiadomości zrozumieli jego wypowiedź z interpretacji 1). Jednocześnie sprytnie zabezpieczył się przed zarzutem, że stawia agencji S&P poważne oskarżenia, nie wspierając ich żadnymi przesłankami. Gdyby ktoś mu taki zarzut postawił, mógłby się bronić, że przecież chodziło mu o interpretację 2), przy której wypowiedziane przez niego zdanie jest w stu procentach prawdziwe.

      Aby lepiej wytłumaczyć, o co mi chodzi, posłużę się innym, wymyślonym przez siebie dwuznacznym zdaniem:

      Dla każdego, kto ogląda Wiadomości TVP oczywiste jest, że dziennikarze tego programu zajmują się przede wszystkim polityką.

      Wiele osób zapewne zrozumie tę wypowiedź tak, że dziennikarze Wiadomości uprawiają na antenie politykę; w prowadzonych przez siebie programach kierują się swoimi sympatiami partyjnymi, nie starając się zachować obiektywizmu, rzetelności i niezależności. Gdyby ktoś jednak uznał, że takimi gołosłownymi (bo niczym w tym momencie nie uzasadnionymi) oskarżeniami obrażam uczciwych dziennikarzy, mógłbym się bronić, mówiąc, że zostałem źle zrozumiany: chodziło mi bowiem tylko o to, że dziennikarze Wiadomości większość swoich materiałów poświęcają wydarzeniom politycznym. Takie stwierdzenie jest na pewno prawdziwe i na pewno nikogo nie obraża.

       

       *Nie wykluczam, że cała analiza, którą tu przeprowadziłem, jest jednak błędna. Być może dwuznaczność zdania Gdy w styczniu agencja S&P obniżyła rating Polski, nie ukrywała, że robi to z powodów politycznych była niezamierzona – po prostu wypowiadający to zdanie dziennikarz nie zauważył, że może być zrozumiany na dwa różne sposoby. W takim przypadku nie mielibyśmy tu do czynienia z żadnym chwytem erystycznym, czy sztuczką manipulacyjną. Byłby to jedynie przykład słabości warsztatu dziennikarskiego.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      krzysztof_wieczorek
      Czas publikacji:
      sobota, 14 maja 2016 21:14
  • czwartek, 05 maja 2016
    • Czy dziennikarz może być obiektywny, czyli trochę teoretycznych rozważań na zawsze aktualny temat

      Bardzo często ludzie uważają, że dziennikarze manipulują swoimi odbiorcami. Zamiast informować, bezstronnie relacjonować to, co dzieje się na świecie, zniekształcają i zafałszowują rzeczywistość, próbują nam wciskać, że czarne jest białe, a białe jest czarne, licząc, że „ciemny lud to kupi”. Oczywiście, nie wszyscy dziennikarze – ci, z którymi się zgadzamy, tego nie robią. Ale ci z „drugiej strony” – szkoda gadać… Ich wypocin słuchać czy też czytać po prostu się nie da.

      Wcielając się trochę w rolę adwokata diabła, spróbuję dziś jednak trochę dziennikarzy pobronić. Czy dziennikarz może być bowiem całkiem obiektywny? Czy jest możliwy bezstronny przekaz informacji?

      Proponuję na początek mały eksperyment myślowy. Zapewne większość z nas w latach szkolnych jeździła na szkolne wycieczki. Spróbujmy sobie przypomnieć jedną z nich. Wyobraźmy sobie dodatkowo, że wszystko, co do sekundy, co się na tej wycieczce dzieje, rejestruje kamera. Po powrocie mamy dostęp do nagranego materiału i próbujemy stworzyć film pokazujący, jak wycieczka wyglądała, co się na niej działo. Oczywiście, musimy wybrać tylko niewielkie fragmenty z wielogodzinnych nagrań. Film ma przecież ograniczoną długość – nie może trwać tyle samo, co wycieczka. Co zatem wybierzemy? To zależy, dla kogo film robimy. Jeśli chcemy go przedstawić dyrekcji szkoły, licząc na to, że sfinansuje nam ona kolejną wycieczkę, wybierzemy co innego, niż w sytuacji, gdy robimy film pokazujący kolegom z innej klasy, jak to świetnie się bawiliśmy. Zapewne nie będziemy mieli trudności ze zrobieniem filmu, na którym z poważnymi minami zwiedzamy muzeum, grzecznie słuchamy pogadanki nauczyciela itp. Ale równie łatwo przyjdzie nam zrobienie filmu ze scenami z nocnej imprezy, pokazującego na przykład jak to Zenek zasnął obejmując sedes, jak Wacek toczył pojedynek bokserski z jakimś miejscowym kolesiem, czy też to, co działo się podczas odwiedzin w pokoju koleżanek. Zauważmy, że oba takie filmy będą całkowicie prawdziwe. Nic do nich nie dodaliśmy – po prostu wybraliśmy do nich inne wydarzenia z tych, które faktycznie się wydarzyły. Oba pokazują to, co faktycznie działo się na wycieczce.

      A teraz wcielmy się w rolę dziennikarza relacjonującego jakieś ważne wydarzenie polityczne. Wydarzenie trwa wiele godzin, a dziennikarz musi zrobić z niego kilkuminutowy materiał do telewizyjnego czy też radiowego serwisu lub napisać artykuł limitowany ilością znaków. W takiej sytuacji nie jest oczywiście w stanie przedstawić wszystkiego. Coś musi wybrać. Jeden wybierze to, drugi coś zupełnie innego. Jeden pokaże płomienny fragment przemówienia jakiegoś polityka i bijących mu brawo, wpatrzonych w niego zwolenników, a inny jakiś nudny fragment tego samego przemówienia, puste krzesła w dalszych rzędach sali i przysypiającego słuchacza o „zmęczonym” wyglądzie. Obaj dziennikarze przedstawią w stu procentach prawdziwe sceny, a jednak odbiorca materiału pierwszego z nich „zobaczy” relacjonowane wydarzenie całkiem inaczej niż drugi. Czy któryś z dziennikarzy zafałszowuje rzeczywistość, „manipuluje” odbiorcami? Pewnie w jakimś stopniu każdy z nich. Ale czy można inaczej? Czy można tego nie robić?

      Skoro trzeba z wielogodzinnego wydarzenia zrobić kilkuminutową relację, to dokonanie jakiegoś wyboru jest nieuniknione. Wiele osób zapewne teraz powie: „No tak, faktycznie trzeba coś wybrać, ale należy to zrobić obiektywnie. Wybrać to, co jest faktycznie ważne.” Pełna zgoda. Sęk jednak w tym, że dla różnych osób (zarówno dla relacjonujących wydarzenie dziennikarzy, jak i ich odbiorców) ważne mogą być zupełnie odmienne rzeczy. Jakkolwiek by się biedny dziennikarz nie starał, to zawsze ktoś mający inny od niego światopogląd stwierdzi, że wybrał on do swojej relacji rzeczy mało istotne, a pominął coś ważnego. Bo dla niego ważne jest coś całkiem innego.

      Twierdzę więc, że pełny obiektywizm jest w pracy dziennikarza niemożliwy. Nie da się całkowicie bezstronnie przekazywać w pełni prawdziwych informacji. Każdy przekaz w jakimś stopniu zniekształca rzeczywistość. Każdy dziennikarz wykonując swoją pracę, chcąc nie chcąc, „manipuluje”.

      Jak sobie radzić w takiej sytuacji? Mogę powiedzieć, co ja robię. Na swój prywatny użytek dzielę sobie dziennikarzy na kilka grup.

      Do pierwszej zaliczam tych, którzy zdają sobie sprawę (albo tak mi się przynajmniej wydaje) z tego, o czym tu pisałem – a także z paru innych podobnych spraw - i starają się możliwie najbardziej zminimalizować negatywne skutki tych zjawisk. Próbują pokazywać rzeczy w wielu wymiarach, nie skupiają się na jakimś jednym, wygodnym dla nich aspekcie sprawy, którą się zajmują; wiedzą, że ich prywatne poglądy mają wpływ na widzenie, a co za tym idzie również przedstawianie, przez nich świata, i biorą na to poprawkę tworząc program telewizyjny, czy też pisząc artykuł.

      Druga grupa to ci dziennikarze, którzy szczerze wierzą, że posiedli prawdę i bez żadnych zniekształceń przekazują ją światu. Są przekonani, że ci, którzy się z nimi nie zgadzają, błądzą i trzeba ich nawrócić na właściwą drogę. Nie zauważają jednak, że tworząc swoje materiały często mocno fałszują rzeczywistość; przedstawiają ją tak, aby zgadzała się z ich wizją świata. Skupiają się na tym, co potwierdza ich światopogląd, nie zauważając tego, co jest z nim sprzeczne.

      Do trzeciej grupy zaliczam dziennikarzy, którzy dobrze zdają sobie sprawę, że bezstronne informowanie nie jest możliwe, jednak zamiast próbować możliwie najbardziej zbliżyć się do ideału obiektywizmu (czyli robić to, co ci z grupy pierwszej), z pełną premedytacją wykorzystują mechanizmy pozwalające fałszować rzeczywistość podczas przekazu informacji. Jedni robią to pewnie z poczucia misji, inni z bardziej przyziemnych motywacji.

      Tworzone przez dziennikarzy z tych grup materiały oglądam/czytam/słucham w różnych celach. Po artykuły/programy tych z grupy pierwszej staram się sięgać wtedy, gdy chcę się czegoś dowiedzieć o świecie. Ku tym z grupy drugiej zwracam się, gdy próbuję zrozumieć, co myślą ci, z którymi się diametralnie nie zgadzam, lub wtedy, gdy chcę podbudować swoje ego napawając się tym, że tacy mądrzy ludzie myślą zupełnie tak samo jak ja. Dziennikarzy z grupy trzeciej najchętniej bym ignorował, jednak to, co robią, interesuje mnie z powodów zawodowych. Sięgam więc po ich „dzieła”, aby poszerzyć swoją wiedzę na temat manipulacji, a także aby zdobywać autentyczne przykłady różnych nieuczciwych chwytów erystycznych czy też technik wywierania wpływu. Czasem podnosi mi to ciśnienie i sprawia, że używam głośno słów uważanych za niecenzuralne, ale coż… - czego to się nie robi dla dobra nauki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      krzysztof_wieczorek
      Czas publikacji:
      czwartek, 05 maja 2016 17:51
  • piątek, 22 kwietnia 2016
    • Argument z chorym skrzypkiem v. 2.0, czyli erystyka w słusznej sprawie

      W dzisiejszym odcinku coś innego niż zwykle. Zamiast analizować cudze argumenty, sam chciałbym argumentu użyć, po to aby przekonać czytelników do podjęcia pewnego, moim zdaniem bardzo słusznego, działania – mianowicie do zarejestrowania się jako potencjalny dawca komórek macierzystych. W tym celu chciałbym wykorzystać zmodyfikowaną nieco wersję znanego wielu logikom i etykom, wymyślonego przez J.J. Thomson, argumentu używanego czasem w dyskusji na temat dopuszczalności aborcji. Pisałem już o tym argumencie w odcinku Czy mam obowiązek ratować życie chorego skrzypka?, a także niedawno na facebookowej stronie „Logika na co dzień” (na którą to stronę, przy okazji, zapraszam). Teraz przypomnę więc tylko krótko, że J.J. Thomson opisuje fikcyjną historię, w której główny bohater zostaje porwany przez członków Towarzystwa Miłośników Muzyki po to, aby przez dziewięć miesięcy, przykuty do łóżka, oddawać krew choremu słynnemu skrzypkowi, który bez takiej pomocy niechybnie by umarł. Zdaniem Thomson, porwany nieszczęśnik nie ma moralnego obowiązku godzić się na takie poświęcenie. Ma on pełne prawo odmówić współpracy z porywaczami i odłączyć się od aparatury, poprzez którą podtrzymuje on życie skrzypka. Podobnie, kobieta, która zaszła w niechcianą ciążę, na przykład w wyniku gwałtu, ma prawo do przerwania ciąży.

      Tak, w wielkim skrócie przedstawiał się oryginalny argument, a teraz wymyślona przeze mnie jego zmodyfikowana wersja.

      Wyobraź sobie, że dzwoni do ciebie przedstawiciel Towarzystwa Miłośników Muzyki z dość nietypową prośbą. Otóż, pewien znany skrzypek poważnie zachorował. Bez transfuzji niewielkiej ilości krwi niechybnie umrze. Jest z tym jednak duży problem – skrzypek potrzebuje krwi zawierającej pewien bardzo rzadko spotykany składnik. Członkowie TMM, chcąc pomóc swemu idolowi, przetrząsnęli wszystkie ogólnoświatowe bazy danych i stwierdzili, że tylko ty posiadasz krew odpowiednią dla chorego muzyka. I w tej właśnie sprawie dzwonią do ciebie. Proszą cię o zrobienie dobrego uczynku. Oto musiałbyś udać się do szpitala, przejść kilka badań potwierdzających, że jesteś faktycznie odpowiednią osobą, a jeśli wszystko będzie ok., to oddać niewielką ilość krwi. Cała procedura nie jest jakoś szczególnie kłopotliwa lub bolesna. Wymaga co najwyżej kilkudniowego pobytu w klinice. Oczywiście, wszelkie koszty pokrywają członkowie TMM. Możesz odmówić – to jest tylko prośba. Jeśli tak zdecydujesz, nikt się nawet nie dowie, że zostałeś poproszony o pomoc, a przedstawiciele TMM nie będą cię więcej niepokoić. Musisz jednak wiedzieć, że w takiej sytuacji skrzypek niechybnie umrze.

      Jak odpowiedział(a)byś na taką prośbę? Ja zapewne nie potrafiłbym odmówić. Poświęcenie paru dni i zgoda na mało kłopotliwy zabieg medyczny to cena, jaką warto chyba zapłacić, aby uratować komuś życie. Czułbym się bardzo źle, gdybym tego nie zrobił.

      Jeśli też tak uważasz, to pomyśl teraz, czy ta sytuacji różni się wiele od tej, w której jesteś poproszony o zarejestrowanie się jako potencjalny dawca komórek macierzystych. Jeśli gdzieś na świecie twój „bliźniak genetyczny” jest chory i potrzebuje pomocy, to właśnie ty jesteś jedyną (a przynajmniej jedyną znaną) osobą, która może uratować mu życie. Nie musisz oczywiście tego robić. Nikt cię nie zmusza od poświęcenia paru dni i poddania się procedurze oddania niewielkiej ilości szpiku. Jeśli odmówisz, nikt się nawet o tym nie dowie. Czy jednak nie warto tego zrobić, aby uratować czyjeś życie? Jak byś się czuł(a) wiedząc, że mogłe(a)ś w ten prosty sposób komuś pomóc, a nie zrobiłe(a)ś tego? Jedyna różnica pomiędzy wymyśloną historyjką, a tym, do czego cię namawiam, jest taka, że możesz uratować życie nie znanego skrzypka, ale nieznanej ci, anonimowej osoby. Nie jest to jednak chyba zbyt wielka różnica, która mogłaby wpłynąć na twoją decyzję, prawda?

      Jeśli uważasz podobnie, jeśli ten argument cię przekonał, zajrzyj na stronę Fundacji DKMS Polska, gdzie dowiesz się wszystkich szczegółów, a następnie zarejestruj się jako potencjalny dawca. Ja już to zrobiłem.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      krzysztof_wieczorek
      Czas publikacji:
      piątek, 22 kwietnia 2016 11:37
  • piątek, 11 marca 2016
    • Poseł w kolejce do lekarza, czyli o paraliżu Trybunału Konstytucyjnego

      Komisja Wenecka krytykując zmiany dokonane ostatnio w polskim Trybunale Konstytucyjnym zwróciła m.in. uwagę na to, że wprowadzony przez PiS wymóg, aby Trybunał rozpatrywał sprawy w kolejności, w jakiej one wpływają (nie zwracając uwagi na doniosłość tych spraw, konieczność ich szybkiego osądzenia, ich złożoność itp.) praktycznie sparaliżuje jego działanie.
      Zdaniem posła PiS Stanisława Piotrowicza argument, że zajmowanie się przez TK sprawami wg kolejności wpływu, zablokuje jego prace, jest absurdalny. Ja się pytam, czy to, że pacjenci czekają w kolejce na zabieg, jest powodem paraliżu służby zdrowia? - pytał Piotrowicz retorycznie w audycji radia TOK FM "Co się stało".
      Użyta przez S. Piotrowicza analogia jest, delikatnie mówiąc, marnej jakości. Zamiast jednak wykazywać to w drodze drobiazgowej analizy, spróbuję na chwilę przyjąć zaproponowane przez posła porównanie i zapytać go, również retorycznie:
      Czy uważałby za właściwe, aby chorzy leczeni byli zawsze w kolejności, w jakiej zgłaszają się do lekarza? Czy chciałby, aby lekarz najpierw musiał zająć się kimś przeziębionym (bo był pierwszy), następnie kontuzjowanym biegaczem, który skręcił kostkę, a chciałby szybko wznowić treningi (był drugi w kolejce), potem hipochondrykiem, któremu wprawdzie nic poważnego nie dolega, ale widzi u siebie tyle objawów różnych chorób, że samo ich opisanie zajmuje kilkadziesiąt minut (był trzeci), a dopiero na końcu mógł przystąpić do reanimacji przywiezionego z wypadku nieprzytomnego rannego (sorry, był ostatni, musiał poczekać). Czy takie postępowanie lekarza nie byłoby absurdalne? Czy nie uznalibyśmy, że działająca w ten sposób służba zdrowia została sparaliżowana i nie spełnia swoich zadań?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Autor(ka):
      krzysztof_wieczorek
      Czas publikacji:
      piątek, 11 marca 2016 22:34

Kalendarz

Grudzień 2018

Pn Wt Śr Cz Pt So Nd
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
31            

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

stat4u