Menu

Erystyka na co dzień

Blog poświęcony różnorodnym technikom argumentacji i sposobom prowadzenia sporów

Bicie w słomianą kukłę, czyli zasada nieżyczliwości w dyskusji

krzysztof_wieczorek
W komentarzu do poprzedniego odcinka panvvu wrzucił mi linka do prasowej dyskusji Piotra Zaremby z Moniką Olejnik i, wirtualnie, z prezydentem Komorowskim. W komentarzu do tego komentarza napisałem, że moim zdaniem uczestnicy tej dyskusji bardzo nieżyczliwie traktują (tzn. interpretują) wypowiedzi swoich przeciwników. Przypomniało mi to o pewnej technice erystycznej znanej pod nazwą "straw man" co jest tłumaczone na polski jako "słomiana kukła".

Chwyt określany tym mianem polega na celowym zniekształceniu wypowiedzi przeciwnika po to, aby można ją było łatwiej zaatakować. „Najczęstszą formą takiego zniekształcenia jest uogólnienie tez oponenta, rozszerzenie ich poza zamierzone przez niego granice, przedstawienie twierdzeń przeciwnika w sposób uproszczony, bez uwzględnienia rozmaitych uczynionych wyraźnie bądź domyślnych zastrzeżeń (K. Szymanek, „Sztuka argumentacji. Słownik terminologiczny”). Nazwa „słomiana kukła” wzięła się z tego, że postępujący w ten sposób dyskutant przypomina kogoś, kto tworzy słomianą kukłę przypominającą swego przeciwnika, powala ją na ziemię i ogłasza swoje zwycięstwo. Zwycięstwo takie jest oczywiście pozorne, choć pewnie nie wszyscy są w stanie to zauważyć.

Dziś znalazłem ładny przykład „słomianej kukły” połączonej z subtelnym atakiem personalnym. Do jego przedstawienia potrzebne jest jednak małe wprowadzenie.

29 sierpnia, parę godzin po ogłoszeniu tak zwanego „raportu Millera” na temat przyczyn katastrofy smoleńskiej, jedna z pracowni badań opinii publicznej przeprowadziła na zlecenie Polskiego Radia sondaż, w którym spytano Polaków, czy zgadzają się z tezami tego raportu (dokładniej: czy uważają oni, że raport ostatecznie wyjaśnia przyczyny katastrofy). Skrytykował to w felietonie w Gazecie Wyborczej Jacek Żakowski (link), zauważając, że taki sondaż to wyrzucanie w błoto publicznych pieniędzy (bo finansowało go Polskie Radio) i szukanie taniej sensacji. Argumentował, moim zdaniem bardzo słusznie, że trudno się spodziewać, aby w tak krótkim czasie po ogłoszeniu kilkusetstronicowego, pełnego szczegółów technicznych, raportu ludzie mogli sobie wyrobić na jego temat jakiekolwiek własne zdanie. W pełni się z tym zgadzam i również uważam, że zlecone przez PR „badanie” nie miało żadnej wartości. Można się spodziewać, że odpowiadając na zadane przez ankieterów pytania ludzie kierowali się nie swoją wiedzą na temat raportu (której nie mieli), ale np. poglądami politycznymi, zasłyszanymi opiniami, chęcią zrobienia przyjemności pytającemu itp.

Dziś w Wyborczej przeczytałem odpowiedź, jakiej Jackowi Żakowskiemu udzieliła Anna Bogusz, wicedyrektor Agencji Radiowej. Oto dłuższy cytat z tej odpowiedzi (wytłuszczenie moje):

Red. Jacka Żakowskiego zdumiało to, że w tak krótkim czasie, kilka godzin po konferencji prasowej komisji Jerzego Millera, aż trzy czwarte Polaków ankietowanych przez instytut Homo Homini miało już wyrobiony pogląd na temat raportu, a tylko jedna czwarta nie. A przecież - zdaniem redaktora - nie zdążyli przeczytać kilkusetstronicowego dokumentu, na pewno nie oglądali trzygodzinnej konferencji, nie mówiąc o śledzeniu dzienników informacyjnych. Zdaniem redaktora "można było ze stuprocentowym prawdopodobieństwem przyjąć, że ponad 80 proc. pytanych nie będzie miało bladego pojęcia, o czym mówią", bo przecież tematem sondażu był "kompletnie nieznany im raport".

Nie wiem, skąd redaktor czerpie przekonanie, że przeciętny Polak nie umie słuchać i czytać ze zrozumieniem. Nie wiem, dlaczego redaktor nie wierzy respondentom, gdy twierdzą, że wyrobili sobie zdanie. Mieli na to nie mniej czasu niż wielu dziennikarzy ochoczo komentujących na gorąco meandry kilkusetstronicowego raportu. Tymczasem sondaż w większości był przeprowadzany w piątek w godzinach 18-19.30, a więc aż pięć godzin po zakończeniu trzygodzinnej konferencji prasowej. W podobnym czasie przeprowadziła sondaż pracownia SMG/KRC Millward Brown dla TVN 24. Również w tym badaniu okazało się, że blisko trzy czwarte Polaków zdążyło wyrobić sobie własną opinię. (link do całości)

Wytłuszczony przeze mnie fragment to właśnie „słomiana kukła”. Red. Żakowski absolutnie nie powiedział nigdzie, że przeciętny Polak nie potrafi słuchać i czytać ze zrozumieniem. Podał on zupełnie inne powody, dlaczego uważa, że ankietowane osoby nie mogły wiedzieć, o czym mówią. Co ciekawe, pani Bogusz te powody wcześniej sama cytuje, aby potem włożyć w usta Żakowskiego coś zupełnie innego. A może to pani A.B. nie potrafi czytać ze zrozumieniem? :) Ja stawiam jednak na to, że to niezbyt udana próba „słomianej kukły”. Zniekształcając w taki sposób wypowiedź J.Ż. pani wicedyrektor AR chciała być może dodatkowo przedstawić jej autora jako kogoś zarozumiałego, obrażającego „przeciętego Polaka”. Ale paskudny ten Żakowski, jak on może tak o nas myśleć. Przecież ktoś taki nie może mieć racji... :)

Rozbawiła mnie też końcówka wypowiedzi pani A.B. Jako argument na to, że Polacy jednak zdążyli sobie wyrobić zdanie na temat raportu, podaje ona, że w tym samym czasie inna firma przeprowadziła podobny sondaż i otrzymała podobne wyniki. Porażająca logika! I przy okazji chyba znowu kłopot z właściwą interpretacją. To, że trzy czwarte badanych odpowiedziało na pytanie, czy się zgadza z tezami raportu, czy też nie, wcale nie oznacza, że ludzie ci zdążyli sobie wyrobić własną opinię. Czytałem gdzieś o badaniu, w którym pytano ludzi o ich stosunek do pewnej nieistniejącej ustawy, jaka rzekomo miała być niedawno uchwalona. Nie pamiętam szczegółów, ale zdecydowana większość badanych oczywiście miała na temat tej ustawy własną, wyrobioną opinię...

A wracając jeszcze do „słomianej kukły”. Logicy i językoznawcy mówią czasem o tak zwanej „zasadzie życzliwości” (principle of charity), która nakazuje, aby wypowiedzi innych interpretować tak, aby miały one możliwie największy sens. Stosowanie się do tej zasady, to nie tylko wyraz szlachetności. W wielu przypadkach umożliwia ona w ogóle skuteczną komunikację. „Słomiana kukła” to coś odwrotnego – coś, co można by nazwać „zasadą nieżyczliwości” – interpretuj wypowiedź przeciwnika tak, aby była ona możliwie głupia, bezsensowna itp.



Komentarze (3)

Dodaj komentarz
  • Gość: [dwakilo] *.pcland.3s.pl

    Pisze Pan, że to kiepskie użycie słomianej kukły. A jakie byłoby lepsze. I czy lepsze w tym wypadku oznacza trudne do wykrycia? A z jakimi innymi argumentami łączy się kukła?

  • krzysztof_wieczorek

    Ooopsss muszę przyznać, że nie bardzo wiem, co chciałem powiedzieć pisząc o tym marnym użyciu :). Wyszło trochę bez sensu bo jeśli chodzi o zastosowanie słomianej kukły to była to jak najbardziej udana próba w sensie podręcznikowa i mająca duże szanse bycia skuteczną. Chyba chodziło mi o to, że była to próba słabej merytorycznie argumentacji słabej, bo mającej postać słomianej kukły. Jeśli chodzi o dobrą słomianą kukłę w sensie poprawnego merytorycznie argumentu, to chyba taka nie istnieje... Natomiast dobra praktycznie (w sensie skuteczności) to oczywiście taka, której słuchacze nie zauważą, przez co będą musieli że został pokonany rzeczywisty przeciwnik (a nie jego wykrzywiony manekin). Trudno mi powiedzieć, z jakimi argumentami straw man może się łączyć. To nie jest w ogóle argument sam w sobie (taki jak np. ad hominem, z analogii, z konsekwencji itp.), który można by było przedstawić przy pomocy jakiegoś jednego schematu. To raczej pewna ogólna technika, sposób prowadzenia dyskusji, fortel erystyczny.

  • cmoscmos

    Chciałbym zwrócić uwagę, że "słomiana kukła" się bardzo konkretnie po polsku nazywa, jest nawet jedną z istotnych postaci jednego polskiego dramatu narodowego, lektury szkolnej. Słowo, którego autorowi zabrakło to "chochoł".

© Erystyka na co dzień
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci